niedziela, 11 maja 2014

Zapuść brodę, pokaż cycki!


Trendy powtarzają się co kilka sezonów. Wczorajszy wrócił po długiej nieobecności - ostatnią medialną babę z brodą widziano kilka dobrych stuleci temu. Prawdziwy vintage!

Eurowizja nigdy chyba nie była konkursem wokalno-muzycznym. Zawsze polegała na wzajemnym robieniu sobie dobrze przez kraje starego kontynentu. Kogoś lubimy, to dajemy mu punkty. Kogoś nie lubimy, to dajemy punkty komuś innemu. Nie ma się co rozwodzić nad dobrymi czy złymi piosenkami, bo właściwie kogo one obchodzą? Jedynie biedny Donatan zdziwił się, że nie dla psa kiełbasa.

Gdyby mnie ktoś pytał, kobieta z brodą nie przeszkadza. W zasadzie może być uniwersalnym wzorcem - ma brodę przystrzyżoną lepiej niż połowa moich kolegów. Figurę taką że mogłabym jej zdjęcie(bez głowy/brody) powiesić na lodówce i oglądać w napadach głodu. Nie wiem tylko czy jestem do końca wiarygodna - nie przeszkadzają mi też geje, homofobii, masoni, pastafarianie, żydzi, ani księża. Nie przeszkadza mi nikt, o ile nie gwałci dzieci, nie pali nikogo na stosie ani nie zastawia mojego miejsca parkingowego.  

Conchita Wurst zaczęła mnie wkurzać kiedy usłyszałam od kilkuletniego dziecka, wpatrzonego w ekran ogólnie dostępnej telewizji, pytanie zadana przerażonym głosem : "Co to jest?". Gdyby to była zwykła baba z brodą, powiedziałabym że choroba. Gdyby to była chociaż para całujących się gejów mogłabym powiedzieć że miłość, tylko nietypowa. Gdyby to był transseksualista, opowiedziałabym o tragedii niepogodzenia z własną płcią. Niestety w tym przypadku jedyną, ale kompletnie nierozwiewającą przerażenia odpowiedzią było "nie wiem"...

sobota, 10 maja 2014

Płonące Słoiki

Ostatnie dwanaście miesięcy spędziłam na obserwacji betonowej stolicy. Fakt, wiele mitów jest przesadzonych - nigdy nie znalazłam żadnych pieniędzy na ulicy. Przeciwnie, ciągle ktoś ode mnie jakieś pieniądze za coś chce.W Warszawiakach jest jedna cecha, która zawsze robić na mnie wrażenie. Jej eskalacja widoczna jest w wielu aspektach, ale te ostatni był wyjątkowy. Symboliczny. Wydarzył się idealnie w rocznice mojej przeprowadzki do Warszawy. Byłam wzruszona. 

Otóż robiłam zakupy w jednym z pobliskich marketów. Stojąc w długiej kolejce do kasy, oddałam się obserwacji rozpromienionych od pierwszych słonecznych dni ludziom dookoła. Nagle z letargu wyrwał mnie kobiecy krzyk, który wydała z siebie Pani w średnim wieku lekko pchnięta sklepowym wózkiem przez Pana ustawiającego się w kolejkę za nią.

- Nawieźliście SŁOIKÓW, przyjechaliście nie wiadomo skąd i będziecie się tu PANOSZYĆ!!

We Wrocławiu za pchnięcie kogoś hipermarketowym wózkiem można zostać nazwany męskim przyrodzeniem. W stu synonimach. W Krakowie można liczyć na kosę między żebra. Nie wiem czego można się dorobić w Poznaniu, bo nigdy tam nie byłam. Nie znam żadnego innego miasta, gdzie najgorszą obelgą jest powiedzenie o kimś, że jest napływowy.  

Temat rdzennych Warszawiaków jest stary jak Wisła i pusty jak Żagiel Libeskinda. Mieszkając tu już trochę, poznałam jednego tzw. "Prawdziwego Warszawiaka". O słoików potykam się na każdym kroku. Myślę, że gdyby zorganizować zlot prawdziwych warszawiaków, wystarczyłby im spokojnie zarezerwowany stolik w knajpie. Jeżeli ktoś zdążył już się zameldować i wepchnąć swój słoik na dno szafy, dumnie przedstawia się jako Warszawiak. A ja potem muszę słuchać ulicznych dialogów:

- Skąd jesteś?
- Z Warszawy
- A skąd wcześniej byłeś?

I znowu muszę wybuchać śmiechem w autobusie i martwić się, że ktoś zadzwoni po pogotowie psychiatryczne. 

Ja na prawdę nic do Warszawiaków nie mam. Mnie w ogóle mało obchodzi kto skąd jest, dopóki nie jest islamskim terrorystą ,albo holenderską prostytutką. Wydaje mi się, że z każdej kultury możemy wycisnąć coś dla siebie wycisnąć, przelać przez sitko i sączyć z radością. 

Warszawiacy! To miasto, stoi, stało i stać będzie na słoiku. Częstujecie się z tego słoika łyżkami i padlibyście bez niego z głodu i niepokoju jak muchy. Polerujcie go, czyście, myjcie mu pokrywkę, stawiajcie na półkę i patrzcie jak się błyszczy. Inaczej spotkacie się kiedyś przy jednym stoliku w knajpie i będzie wam pusto i smutno.

wtorek, 6 maja 2014

Co zamiast kwiatów?


Pamiętam mieszkanie po moich osiemnastych urodzinach. Pod względem ilości bukietów mogła z nim konkurować jedynie kaplica w Matki Boskiej Zielnej. Po kilku dniach bukiety wylądowały w komunalnym kontenerze, w ja zostałam w pustym pokoju z poczuciem, że te pieniądze można było wydać inaczej. Na naszym ślubie obawialiśmy się powtórki z rozrywki, dlatego pospiesznie poszukaliśmy innego pomysłu, jak można temu zapobiec. Na ślubach spotkałam się z różnymi sposobami zastąpienia bukietów. Do moich osobistych faworytów należą:


Wino jest zawsze dobrym pomysłem na prezent. Jest podwójnie dobrym, jeżeli mamy do czynienia z parą zakochanych, przed którymi sporo miłym wieczorów. Jego trwałość jest odwrotnie proporcjonalna do trwałości kwiatów - im dłużej leży, tym milej się do niego wraca. Cena średnio półkowego wina spokojnie może konkurować z ceną średniej wielkości bukietu. A radość większa!


Kupony totolotka zawsze są dającą nadzieje niespodzianką.Wiem, wiem, wiem - statystycznie jest większa szansa że umrę w drodze do kolektury niż że cokolwiek wygram. Statystycznie jestem średniego wzrostu blondynką ze sporym bufetem i 1/3 dziecka. Od dawna nie wierzę w statystyki. Znam natomiast pary, którym z kuponów może nie zwróciło się wesele, ale spokojnie wystarczyło na egzotyczną podróż pod palmami. Warto zaryzykować!

Pluszaki to pomysł który zawsze mnie wzrusza. Zawsze w naszym otoczeniu jest dom dziecka, szpital dziecięcy lub inna placówka z najmłodszymi. Warto zapytać o możliwości i zapotrzebowanie na zabawki. W niektórych miejscach potrzebna jest specjalna zgoda, ale jej zdobycie z reguły nie jest zbyt problematyczne. Dzieci z pewnością będę miały weselszą minę, niż my wynoszący kilogramy suchych kwiatów do śmietnika.

Karmę dla zwierząt na naszym weselu zainspirowała nasza podręczna rudna znajda i znajoma wolontariuszka miejskiego schroniska. Sama akcja była banalnie prosta - rzuciliśmy pomysł naszym gościom, którzy z entuzjazmem przynieśli spore paczki. Dzięki temu wszyscy zyskali - my mieliśmy poczucie że zrobiliśmy coś przydatnego, a schronisko zebrało spory zapas karmy dla swoich podopiecznych. Poza tym widok wypełniających urząd gości ubranych w eleganckie stroje z puszkami karmu dla psa pod pachą - bezcenne!


Korzystając z okazji chciałabym jeszcze raz podziękować naszym gościom za tak otwarte podejście do naszej spontanicznej akcji - jesteście cudowni!

sobota, 3 maja 2014

Dlaczego warto się przelecieć

Uważam że z powodzeniem mogłabym pracować jako doradca do spraw transportu na linii Wrocław- Warszawa. Przez kilka miesięcy koczowniczego trybu życia, zasłużyłam żeby w rubryce adres zameldowania wpisać dowolny środek transportu poruszający się po tej trasie. Na bazie doświadczeń doszłam wniosku, że czasami na prawdę warto się przelecieć. 


Średni czas przejazdu samochodem na trasie Wrocław - Warszawa to około 4 godziny. Jest wygodnie, bo w każdej chwili możesz się zatrzymać, skoczyć na kawę czy do KFC. Jeżeli nie jesteś kierowcą, idziesz spać na wylotówce z Warszawy, budzisz się na wlocie do Wrocławia i nie jest źle. Przynajmniej na tym etapie. Źle jest dopiero jak sprawdzasz stan konta po tankowaniu. 

Można też postawić na transport autokarowy. Średnia długość przejazdu to 6godzin. Sprawdza się, kiedy podróżujesz od czasu do czasu. Ja jeździłam 2 razy w tygodniu, co powodowało że trasę znałam lepiej niż kierowca, a po każdej wyprawie mój kręgosłup dochodził do stanu kręgosłupa mojej babci. Cena takiej wycieczki to około 40zł + stówa za masaż po przyjeździe. 

Można też pojechać pociągiem. Polecam ten sposób osobom które cierpią na nadmiar czasu i pieniędzy. Nie, w sumie takim osobom proponuje przelanie równowartości ceny biletu na moje konto i pójście pieszo. 

W moich udręczonych myślach przeczytał Rayanair, otwierając tanie przeloty między miastowe. Na prawdę tanie. Tak tanie że chciałam wykupić wszystkie bilety na sezon na raz.
Sama podróż wygląda tak, że najpierw trzeba się przetransportować do Modlina, co zajmuje jakieś 40min. Potem dobrze jest zostawić auto na strzeżonym parkingu, który kosztuje ok. 10zł za dobę. Na lotnisku trzeba pojawić się około godziny przed wylotem, ale ten czas można miło spożytkować na kawę i ploteczki, zamiast żmudnie siedzieć w aucie lub autokarze. Mnie jeszcze czeka szybka kontrola i rewizja bagażu, ale niestety z tym się trzeba liczyć posiadając aparycje izraelskiej owczareczki. Sam lot wyglądał tak:

-"proszę zapiąć pasy, startujemy"
-"proszę rozpiąć pasy, życzymy miłego lotu"
- Usunęłam 3 zdjęcia z telefonu
- "proszę zapić pasy, lądujemy"
- "witamy we Wrocławiu, zapraszamy do korzystania z naszych linii"


Ja nienawidzę latać. Ja na prawdę nienawidzę latać. Cały czas mi się wydaje że coś buczy. Albo że pilot dostaje zawału. Albo że ekipa jest spanikowana, nawet kiedy rozdaje losy na loterii. Zawsze mam przeczucie że to jest ostatnia podróż w moim życiu. Stewardessy mnie nienawidzą, bo łapie je za spódniczki i pytam teatralnym szeptem "Przepraszam, co tak buczy?!"

Jednak nawet ja jestem w stanie wymienić 6godzin jazdy na 20minut lotu. 20 minut lotu! Koszt takiej imprezy to 39zł. Czyli dokładnie połowa tego, co zapłacisz za bilet w pociągu i spędzisz w nim połowę życia. Uważam że jest to bezkonkurencyjna oferta, nawet doliczając herbatkę uspokajającą i kilka shotów spożytych w hali odlotów....

Takich okolicznościach nie ma wyjścia, trzeba zacisnąć zęby i się przelecieć...