środa, 13 listopada 2013

Fotobudka




Na punkcie fotobudki oszaleliśmy na ostatnim weselu. Po szybkiej analizie cenowej doszliśmy do wniosku że aby postawić taką na naszym weselu musimy zastawić nerkę, a każe z nas lubi obie swoje w takim samym stopniu. Byliśmy gotowi zrezygnować, ale daliśmy sobie ostatnią szansę.

Z pomocą przyszedł Fuji Instax mini. Po szybkim sporządzeniu kosztorysu okazało się że aparat z filmami wyjdzie nam połowa ceny budki, a  potem przyda się do praktykowania hipsterskiej fotografii. 

Aparat ma białą, plastikową obudowę dzięki której myślę że na luzie miałby posadę w star trek. Uruchamia się go poprzez energiczne pociągnięcie obiektywu, co na początku wzbudzało we mnie opór. Jednak mimo wszystko wolałabym nie urwać żadnej części. Kiedy już uda nam się do uruchomić bez większych obrażeń mamy do wyboru cztery tryby :  
  • w pomieszczeniu
  • w pełnym słońcu
  • przy zachmurzonym niebie
  • przy częściowym zachmurzeniu 

Każdy tryb obsługiwany jest z lampą, której niema możliwości wyłączenia. Najpiękniejszą stroną polaroida jest to, że nie jest to fotografia tak czuła i drobiazgowa, więc nie potrzebujemy już Photoshopa.

Jestem pełna optymizmu co do tego szatańskiego urządzenia. W pakiecie dostałam 20zdjęć które wykorzystamy na potrzeby testów. Na razie wiem tyle, że zdjęcia wychodzą bardzo jasne, nawet w egipskiej ciemności : na dowód próbka wykonana o 22, podczas Warszawskiej awarii prądu


wtorek, 12 listopada 2013

Kurier czyli dramat w dwóch aktach

  
  

                    Chciałam napisać o fantastycznych funkcjach Fuji instax Mini i o tym, że Warszawiak nienawidzi Ewy Ch. ale zostałam wytrącona z równowagi przez kuriera....

                    Akt I

                     Warszawiak postanowił wynagrodzić mi zupełnie-bezsensowną-rzecz którą musiałam dla niego zrobić. Nagrodę wybrał, zamówił, przeniosło go na stronę do przelewu, wpisał kwotę, zaktywował smsowym kodem aktywacyjny i okazało się że nic nie muszę robić. W sumie dostałam prezent bez okazji. Było miło, dopóki pewnego popołudnia nie zjawił się kurier.

                    - Panie, ja tu stoję z paczką a tu nikogo nie ma - wyraził swoje rozczarowanie do słuchawki W
                    - A nie może przyjść Pan za półgodziny ? - W zapytał z nadzieją, zresztą firma ogłaszała się jako elastyczna i skłonna do negocjacji.
                     - A W ŻYCIU! - odparł kurier głosem pewnym zniecierpliwienia 
Potem rozmowa zrobiła się dość monotonna. 
                     - To może podam inny adres i tam Pan podjedzie? To niedaleko - W zaczął gorączkowo obmyślać rozwiązanie 
                     - A W ŻYCIU! - odparł kurier głosem pewnym zniecierpliwienia 
                     - To może jakieś awizo? 
                    -  A W ŻYCIU! Zostawiam u sąsiadki - odparł kurier głosem pewnym zniecierpliwienia i się rozłączył.

Podejrzewam że gdyby się nie rozłączył, Warszawiak opowiedziałby mu historie o tym, że nie widzieliśmy żadnego sąsiada nigdy na oczy, bo pracujemy od rana do wieczora, bo to miasto nie śpi , bo..... ale się rozłączył. Całe popołudnie obmyślałam niecny plan odbicia paczki. Sąsiadka mogła być niebezpieczna, mogła mieć broń albo psa. Gotowi na naszą "Zbrodnie i Karę" wcisneliśmy guzik windy i zostaliśmy zaangażowani w akcje ekologiczną "Stolica gasi światło". Akcja była o tyle szeroka że zgasili również latarnie uliczne. Jeszcze nie zwariowałam żeby iść do domniemanego terrorysty w czasie awarii prądu. Jest wiele milszych sposobów na popełnienie samobójstwa.

                           Na drugi dzień Warszawiak zebrał się w sobie i poszedł do sąsiadki w dzień, uzbrojony w anielską cierpliwość. Drżałam z przerażanie, bo tyle ostatnio słychać o nieciekawych sparingach sąsiedzkich. Zadzwonił z uśmiechem ogłaszając swoje zwycięstwo:

                          - Mam paczkę !
                          - I jak było?
                          - Miło, sąsiadka młoda i ładna.

To już szczerze powiedziawszy wolałabym żeby była terrorystą.

                  
                       Akt II

                      Nauczona doświadczeniem o błędach ludzkich postanowiłam zdać się na technologie. Szybko tego pożałowałam, najpierw czekając godziną na autobus, który nie przyjechał, potem na autobus, który nie dojechał, na końcu wpisując w paczkomat kod do przelewu sprzed tygodnia, zamiast hasła. Kiedy już złamałam kod dostępu otworzyła się szufladka. Na samej górze. Na samym końcu. Moim oczom przy kolejnym skoku ukazywał się tylko srebrny skrawek paczki. Postanowiłam nie porzucić feminizm i zacząć zaczepiać przechodniów. Zlitował się piętnasty na dźwięk słów:
                          
                          - Hej Człowiek! Weź mi pomóż....

Człowiek zwinnym skokiem antylopy uciekającej przed tygrysem szablozębnym wydobył paczkę. Wróciłam do domu o 12 w nocy w stanie który pozwoliłby mi grać w filmie o Polskiej Akcji Humanitarnej bez charakteryzacji. 


Gdyby wnętrze paczek mnie tak nie ucieszyło, to byłby moje ostatnie internetowe zakupy, zanim zaczęłabym brać leki uspokajające nielegalne nawet w Meksyku. Jednak w takim wypadku jak mawia idol nastolatek: never say never.
 

piątek, 8 listopada 2013

Szaleństwo Pani K


                      Myślę, że puby na świecie były świadkami wielu przełomowych momentów w historii ludzkości. Na pewnie ustalano ma porozumienia, dochodziło do fuzji wielkich przedsiębiorstw, miały miejsca spotykania głów państw. Puby były na pewno świadkiem małżeństw, romansów, rozwodów oraz mniej lub bardziej planowanych ciąż. W Pubie także Pani K złożyła mi propozycję. Propozycję na którą na którą powinnam dopowiedzieć "nie wiem, nie wiem, zobaczę jak grafik" ale tego nie zrobiłam. Raczej zaczęłam skamleć z radości i błagać żeby się nie rozmyśliła. Tak zrobiłam lookbook'a dla kolekcji Pani K. 

      
                Nie wiem , czy Pani K zdecydowała się na to ze względu na sprzyjające okoliczności czy raczej na to, że nie poszło jej na modele zbyt wiele materiału. Lubię jednak myśleć że jestem muzą artystki. Nauczona wieloletnim studiowaniem edukacyjnego programu "Tap Madl" postanowiłam znieść sprawę z honorem. Ograniczyłam marudzenie i jęczenie do minimum, mimo że było ciemno, zimno i do domu daleko. Moja potulność została nagrodzona - ulubiony projekt dostałam do domowego użytku. Od tego czasu staram się nie marnować danej mi szansy. Projekt to lekkim zmodyfikowaniu - obcięciu trenu , bo jednak koszty ortodonty były zbyt odczuwalne żeby tak szastać i uzupełnieniu moimi dodatkami nie kurzy się w szafie. Jest niezastąpiony w sytuacji, która wymaga ode mnie elegancji. Elegancji którą znoszę słabo i jest niewiele strojów na wielkie okazje w których nie czuję się swobodnie jak w skafandrze astronauty, a moja pewność siebie nie oscyluje na poziomie kanału la manche.



sukienka - kosecka  
buty - calvin klein
biżuteria -H&M



czwartek, 7 listopada 2013

Wedding Photography - polska czwórka

               Naoglądałam się tyle zdjęć fotografów ślubnych że mogę z tego napisać doktorat , obronić go
 i wykładać na kierunki "Jak wyjść za mąż i nie zwariować". W szale american beauty photo doszłam do wniosku że możemy być w tej dziedzinie na prawdę nieźli  i czym nie odbiegać od zachodnich kolegów. Czego szukałam? Patetycznie mówiąc szczęścia. Gdybym chciała na zdjęciach oglądać smutne, pełne zadumy twarze zorganizowałabym stypę. Panie i Panowie , Ladies and Gentlemen, czterech wspaniałych wg. Mnie! ( Kolejność jest zupełnie przypadkowa , silenie się na ranking jest jak wybór którą nogę mieliby mi obciąć)

                                                        1. Rutko 



















Jeden z nich nich jest mój. Dlaczego? Bo jestem szczęściarą !

środa, 6 listopada 2013

Karmnik

                  Nie wiem czy byliśmy do końca poczytalni decydując się na zamieszkanie w karmniku. Nie mniej w szale zakochania karmnik wydawał nam się romantyczną opcją - zawsze będziemy blisko siebie. Nie uwzględniliśmy jednak że wszystko również będzie blisko nas, bo nie bardzo jest to gdzie schować. Sciśnięci w karmiku powoli dorastamy do rozpostarcia skrzydeł na jakimś większym em. I wtedy wraca ona. Kiedy już zupełnie o nie zapomniałam, kiedy rany się zagoiły, kiedy już nie budzę się z krzykiem jak w finałowej scenie "Miłości na Bogato". Wraca ona - Przeprowadzka

                 Przeprowadzkę do Karmnika zniosłam fatalnie - nie spałam w nocy, bolał mnie kręgosłup i mózg. Widząc torby z Ikei mam lęki, że ktoś będzie mi się kazał w nie spakować w jedną noc. Nasze poprzednie M2 rozpoczęło swoją metamorfozę od takiego stanu:

 stopnień nieogarnięcia określam jako 4/5

potem ewoluowaliśmy na 


 można je określić jako 3/5 bo jest puściej 

wtedy się wyprowadziliśmy, bo nie było sensu siedzieć gdzieś gdzie jest pusto. 


Karmnik zastaliśmy w stanie zupełnej pustki, oprócz czterech białych ścian i jednaj drewnianej szafki. Sześćdziesiąt lat zajęło nam skręcenie mebli, łóżka i podstawowego sprzętu radioTV. To upływie tego czasu z euforii zaczęliśmy rozsyłać zdjęcia bliższym i dalszym znajomym. Efekt który uzyskaliśmy na fotografii wyglądał tak :
 Oprócz drewnianej szafki w standardzie wszystko było tak jak chcieliśmy.Efekt osiągnęliśmy poprzez teleportacje zbędnych elementów. Stąd kuchnioprzedpokój wyglądał tak :

Postanowiliśmy jednak nigdy nie zapomnieć o tym dlaczego to robimy. To nasza miłość spowodowała że wynajeliśmy karmnik i postanowiliśmy uwić tam swoje gniazdko. Celebrowaliśmy nasze uczucie podczas kolacji przy świecach, a konkretniej przy świecy:
A niełatwo było wczuć się w romantyczny nastrój kiedy reszta mieszkania prezentowała taki standard:



Karmnik traktuję jednak w formie testu - jeżeli wytrwam tam , wytrwał wszędzie. Jeżeli nie pozabijam siebie i sąsiadów tam , przeżyjemy wszędzie. Zresztą naiwnie się pocieszam, że karmnik miło będzie wspominać. Kiedy będzie już wspomnieniem. Odległym, niemal za mgłą.

Następną przeprowadzę zrobię podpięta do kroplówki z melisą , zagryzając ją persenem. I nie będę płakać.

Moim osobistym hitem przeprowadzki są koedukacyjne drzwi. Wymagały obsługi przez dwie osoby, gdzie jedna trzymała karton , a druga obsługiwała dostawcę jedzenia na wynos. Dostawca pizzy chyba też polubił to rozwiązanie, bo trafia do nas jak po sznurku.


Czy mam rady dla osób które dopiero planują przeprowadzkę? Oczywiście że mam ! Moja rada brzmi:

NIE RÓB TEGO!

wtorek, 5 listopada 2013

high five



Czyli piątka tego co sobie kupię albo umrę !

1. Bronzer NYX - mieszkanie w stolicy mimo swoich wielkich minusów ma też kilka znaczących plusów.  Jednym z nich jest NYX. Bronzer to jeden z kosmetyków dzięki których codziennie w lustrze nie mam halloween. 

2. Janusz Głowacki "Przyszłem" - Od czasów "Good Night Dżerzi" kupiłabym wszystko co napisał Głowacki. Wszystko. I przeczytałabym. Nawet gdyby napisał "Odprawę Posłów Greckich" po grecku. I co najgorsze: Podobałoby mi się!

3. Fuji Instax - zupełnie uległam hipsterskiej modzie na polaroidy. Instax zamierzam wykorzystać przed wszystkim na moim ślubie, ale też przy różnych innych hipsterskich okazjach. Potem będę robić polaroidom zdjęcia cyfrówką i wrzucać na facebooka. Czy istnieje coś bardziej hipsterskiego?

4. Pointy Bloch - z serii porad tematycznych: to są jedyne słuszne pointy na początkujących. Są miękkie, mają wyłożony środek amortyzującą gąbką. Zdradziłam, ale wracam potulnie. Bo osiwieje albo odpadną mi palce. 

5. Love Cotton - z druzgocącej i codziennie mocniejszej miłości do dresu. A ta wygląda na taką do której miło jest się przytulić w zimowe wieczory.


środa, 30 października 2013

Balet - czy warto?

                   Każdorazowo przy wspomnieniu o mojej miłości do balety muszę tłumaczyć. Z reguły muszę tłumaczyć to samo, bo obawy i lęki przeciętnego człowieka opierają się na tym samym - czy warto? Aby dowiedzieć się czy warto, a przy okazji zmotywować samą siebie postanowiłam stworzyć kompendium wiedzy dla amatorów pod tytułem balet - czy warto. Kompendium jest oparte na moich własnych doświadczeniach, czyli człowieka który w wieku lat 21 zajął się tańcem jakimkolwiek po raz pierwszy.
                                                  
              Pierwszym pytaniem jest zawsze czy ćwiczyłam od dziecka. Kiedy dopowiadam pojawia się zdziwienie że zawsze się myślało że się jest za starym. To jest mantra i śmietanka baletowych dylematów. Nikt nie jest za stary aby zacząć ćwiczyć. Dorosły człowiek uczy się dużo łatwiej i ma lepszą
motywacje - wie po co przyszedł. Lepiej zna swoje ciało i jego możliwości. Dziecko przed ćwiczeniami trzeba najpierw oderwać od drążka, potem dać cukierki a na końcu po namowach zacznie ćwiczyć, aby po lekcji wrócić do domu oglądać "Monster High". Dorośli są bardziej systematyczni, dają z siebie sto procent, ćwiczą w domu.

              Kolejne pytanie to czy trzeba mieć rozciągnięte ciało.Generalnie w ogóle trzeba mieć ciało. Jeżeli ten warunek jest spełniony reszta jakoś idzie. Kiedy zaczynałam nie mogłam na stojąco dotknąć rękami podłogi. Przy systematycznej pracy nie wiadomo gdzie musiałaby być podłoga, żeby nie dało się jej dotknąć. Po to też przychodzi się na balet - żeby zacząć się rozciągać. Nikt od razu nie robi szpagatów, zwłaszcza kiedy mówimy o tańczeniu amatorskim.Zaraz za tym idzie pytanie, czy trzeba być szczupłym? Generalnie trzeba w ogóle mieć ciało. Jeżeli ten warunek jest spełniony reszta jakoś idzie. Balet rewelacyjnie wyciąga mięśnie, uelastycznia ciało, wyciąga, treningi wbrew pozorom są męczące więc odchudza. Wiem bo sprawdziłam.

            Dalej rozmowa przechodzi na tor, że się będzie odstawało od grupy bo się nic nie umie. Jak na moje oko ciężko jest odstawać od grupy w której nikt nic nie umie. Poziomy podstawowe są od podstaw i chodzi się na nie po to, żeby się nauczyć. Ja na pierwszych zajęciach ledwo wiedziałam która noga jest prawa. Do dziś czasami nie wiem. Mój Mentor Baletowy zawsze powtarzał : "Na początku będziesz myśleć że szkoła baletowa to dom wariatów, potem nie będzie lepiej".

             Czy warto? Po niemal 2 latach wiem że warto. Pierwsze 3 miesiące trenowałam  dwie godziny w tygodniu, potem 5 , po roku dochodziłam nawet do 12 godzin. Każdy dzień był dniem treningu. Im więcej ćwiczyłam tym mniej widziałam efektów, tym bardziej się frustrowałam, ale próbowałam dalej.

             Co straciłam? Najprawdopodobniej dwa lata życia studenckiego. Nie chodziłam na imprezy, integracje, nie piłam, nie nawiązałam rokujących znajomości z kolegami z uczelni. Nie miałam na to czasu, bo trenowałam. Regularnie słyszałam: "po co Ci to, napij się wódki!" Zrezygnowałam z trwonienia czasu, ale miałam cel.

            Co zyskałam? Pasje na całe życie, która mnie aż dusi kiedy nie trenuje. Zyskałam najwierniejszych przyjaciół z którymi przez godziny lałam pot na sali i wkurzałam się że jestem beznadziejna. Zahartował mi się charakter, bo tam łatwo jest odpuści. Ale to nic, zyskałam jeszcze najważniejsze: robię szpagat! Co regularnie gotuje wodę w kolanach przedstawicielom płci przeciwnej!

             Wiem że nigdy nie będę dobrze tańczyć, albo przynajmniej tak na takim standardzie że ktoś o przeciętnym poczuciu estetyki da radę na to patrzeć. Znam ludzi który mogliby mnie zmieść jednym ruchem nadgarstka. No nic.

Efekt które udało mi się osiągnąć po roku od pierwszego wejścia do sali. Wiem że można zrobić dużo więcej i znam ludzi którzy dużo więcej zrobili. Generalnie zawsze można zrobić dużo więcej;)